Nic tak nie wpływa na dobry nastrój, jak poranny spacer. Tego dokładnie zdania była Anna. Z zupełnie innej strony patrzył Daniel, który naburmuszony siłował się z olbrzymim psem. Bernardyn jednak dalej szedł swoją drogą, wyznaczając ścieżkę śliną.
- Czy choć raz nie możesz ty z nim pochodzić?- wysapał ciężko chłopak.
Anna bez słowa wzięła do ręki smycz i pies natychmiast dorównał jej kroku. Szedł powolutku, spokojnie, jakby próbował przypodobać się pani.
- Jak ty to robisz...
Dziewczyna wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się półgębkiem. Zaczęła rozglądać się dookoła, aż w końcu jej wzrok spoczął na niebieskim rodzinnym vanie, prześwitującym zza żywopłotu. Zmarszczyła brwi i przyspieszyła kroku. Mimo nawoływań brata przeszła przez ulicę zupełnie się nie rozglądając, prawie w transie. Wyciągnęła przed siebie rękę i zamarła z nią tuż przy pierwszych listkach. Po chwili dłoń zaczęła powoli opadać, a ona spojrzała na Daniela.
- Ktoś się tu wprowadził?- głos miała cichy, szept prawie.
- Tak, wczoraj przyjechała tu rodzina. Ojciec i chyba piątka dzieci.Czemu pytasz?
Anna nie odpowiedziała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz